RSS
środa, 23 lipca 2008
mucha, lietaj!

prosze zaprotokolowac: po urwaniu skrzydel mucha stracila sluch.

tak mi sie skojarzylo. 

02:15, goffythedog
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 lipca 2008
koci koci lapci

trochę bez związku, ale nie mogę się oprzeć; jakbym widziała kota boleslawa.

kot simona: http://www.youtube.com/user/simonscat

miłego:)

03:26, goffythedog
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 lipca 2008
[prasowka] dwie, czyli surrealistycznie przypadkowy zestaw informacji

No to porównujemy, dzielnie walcząc z deja vu.

***

25 lat dla Jolanty K. z Czerniejowa, mąż uniewinniony po raz drugi. I cytat:

"- Oskarżona czuła się szczęśliwa i spełniona, kiedy była w ciąży. Ten stan trwał do momentu porodu - powiedział sędzia Daniluk. Zaznaczył, że mąż mógł nie wiedzieć o ciąży żony. - Traktował kobiety instrumentalnie - tłumaczył Daniluk."

Bezcenne. Całość tu: http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,5443084,25_lat_za_zabojstwo_pieciorga_noworodkow.html

Komentarz do cudu polskiej myśli sądowniczej [i reakcja na ów cud] był tu: http://goffythedog.blox.pl/2006/03/o-dzieciach-z-kapusty.html

***

"11-miesięczny Dominik trafił do szpitala na obserwację po awanturze urządzonej przez pijanych rodziców w Dąbrowie Górniczej. Dziecko zostało uderzone przez ojca, gdy ten chciał wymierzyć cios konkubinie.

O zatrzymaniu obojga rodziców poinformował zespół prasowy śląskiej policji. Do zdarzenia doszło w nocy z niedzieli na poniedziałek w mieszkaniu przy ul. Parkowej - Podczas awantury 28-letni mężczyzna, chcąc pobić swoją konkubinę, uderzył trzymane przez nią na ręku dziecko - powiedział starszy posterunkowy Sebastian Fabiański z zespołu prasowego. Jak dodał, Dominik trafił do szpitala z siniakami na twarzy.

Zatrzymany mężczyzna miał 1,75 promila alkoholu w wydychanym powietrzu, a 25-letnia matka dziecka - 1,39. Oboje zostali przewiezieni na izbę wytrzeźwień przez wezwanych na interwencję funkcjonariuszy. Obojgu rodzicom za narażenie dziecka na niebezpieczeństwo grozi do 5 lat więzienia."

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,5432003,Chcial_uderzyc_konkubine___poslal_11_miesieczne_dziecko.html

***

Hm...

17:20, goffythedog
Link Komentarze (3) »
sobota, 28 czerwca 2008
[prasowka] fritzl po polsku, czyli na co komu piwnica

Polacy nie gęsi i swoich Fritzlów mają. Austria kraj bogaty, to Fritzla stać było na dom z piwnicą i fachowiusieńkimi zabezpieczeniami; w Polsce ludzie biedni, to nie mają pieniędzy na głupoty, a zresztą po co, skoro córka jest upośledzona, a wieś z księdzem dobrodziejem na czele dzielnie kibicuje. Tekst z "Polityki" jest tu: http://fakty.interia.pl/prasa/polityka/news/polski-fritzl-nie-ma-piwnicy,1134181,

To czytamy. "Oficjalne zawiadomienie Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej złożył dziesięć lat temu: "Relacje między Janem S. a Brygidą S. mogą nie być zwykłymi relacjami między ojcem a córką". - Wtedy sprawa stała się urzędowo jawna - mówi sąsiad Jana S., który rozróżnia dwie kategorie jawności. W ramach jawności ludowej wieś W. wiedziała wszystko od dawna. A w zasadzie od 1986 r., kiedy Brygida urodziła swą pierwszą córkę Justynkę. Brygida miała wtedy 19 lat, Jan - 48. Sąsiadka S. poszła wtedy na milicję. Powiedziała, że stary S. wykorzystuje swoją upośledzoną córkę, i liczyła, że zaraz zrobią porządek. Ale nic się nie stało. Dwa lata później urodziła się Edytka. Potem Irenka i Eliza. Kaja urodziła się w 92 r., Kamisia w 94 r., a Nela w 96 r. (Tomka się nie liczy, bo zmarł zaraz po porodzie). Wieś już była na te porody uodporniona, przekonywali więc sąsiadkę S., by się uspokoiła: "Po co się w to mieszać? Po co rozgrzebywać rodzinną historię? Przecież Janek te dzieci kocha". [...]

- Dzieci były tak wytresowane, że nic z nich wycisnąć nie było można - mówi jedna z nauczycielek. - Nawet maluchy z pierwszej klasy były tak nauczone, żeby nie mówić o niczym, co się dzieje w domu. [...]

- Powinna chodzić do szkoły specjalnej - przyznają dziś nauczyciele. Nie była w stanie ukończyć nawet wiejskiej podstawówki. Zamiast na lekcje, chodziła z krowami na pastwisko, gotowała obiady, prała i sprzątała.

Brygida S. była jednym z 13 dzieci Jana i Władysławy. S. przyjechali do W., małej wioski pod Sławnem, w latach 60. Gdy w 1983 r. umarła matka, S. zaczął molestować najstarsze dwie córki - Gabrielę i Małgosię. Obie uciekły wtedy z domu.

Sąsiedzi pamiętają, że wieś była oburzona tym, co się dzieje w domu Jana S. O szczegółach dowiedzieli się od Gabrysi, która pewnej nocy uciekła przed tatą do sąsiadów. - Wtedy jego wybór padł na młodszą Brygidę - mówi sąsiadka.

Brygida miała 16 lat, kiedy przejęła wszystkie obowiązki po zmarłej matce. Od urodzenia była uzależniona od ojca. To on ją utrzymywał. On ją karmił i ubierał. I poza pracą w gospodarstwie nic więcej nie miała. Żadnych pieniędzy, bo ojciec nie płacił za pracę w domu. I najmniejszych szans na wyrwanie się z W.

Biegli psychiatrzy badający przed laty przypadek Brygidy S. stwierdzili, że ze względu na swoje upośledzenie nie miała ona możliwości ani samodzielnego decydowania o swoim losie, ani zmiany swojego trudnego położenia.

Z każdym kolejnym urodzonym dzieckiem popadała w spiralę coraz większego uzależnienia od swojego taty. Każde kolejne dziecko pozostawało na wyłącznym utrzymaniu jej ojca. Ona natomiast mogła poddawać się czynom kazirodczym z obawy, że jeśli odmówi, zostanie bez środków do życia. [...]

- Sprawa była od początku obrzydliwa - mówi K. - Pamiętam, że postanowiliśmy razem z komendantem rejonowym policji skończyć ją, choćby nie wiem, co się działo. Sprawę prowadził prokurator Piotr Wedmann. - Mimo że praktykujący katolik, był wyjątkowo odporny na wizyty miejscowego proboszcza, który pytał go o sens zajmowania się tym i czy ewentualna kara nie wyrządzi więcej szkody niż pożytku - opowiada były prokurator. - Kościół tej sprawy nie chciał, choć proboszcz dokładnie o wszystkim wiedział od lat.

Nadzór nad śledztwem miała prokuratura wojewódzka w Słupsku. K. słyszał od swojego szefa, że interweniowała tam "sama kościelna góra". [...]

Sąd uniewinnił Brygidę S. od zarzutu kazirodztwa. Uznał, że ze względu na swoje upośledzenie (encefalopatia z upośledzeniem umysłowym z pogranicza nieznacznego i lekkiego) mogła nie być świadoma karalności swych czynów. Sąd uznał natomiast, że Jan S. wykorzystał upośledzenie córki oraz uzależnił ją od siebie - skazał go na rok i dwa miesiące bezwzględnego więzienia. Mecenas Leon Kasperski, który bronił Jana S. z urzędu, mówi, że jego klient był prymitywny. Nie miał żadnego poczucia winy.

"Fakt, że oskarżony popełniał przypisywane mu czyny regularnie, nie pozwala uznać, że zaniecha on popełniania podobnych czynów w przyszłości w przypadku warunkowego zawieszenia kary" - napisał w uzasadnieniu sędzia Piotr Wójcik. Ale S. nigdy do więzienia nie trafił.

Mecenas Kasperski mówi, że sąd drugiej instancji, kierując się dobrem dzieci, postanowił zawiesić karę. - Bez S. ta rodzina zostałaby bez środków do życia - mówi Leon Kasperski.

Wiara sądu, że po wyroku Jan S. zaprzestanie wykorzystywania własnej córki, okazała się płonna. Tuż przed ogłoszeniem wyroku Brygida urodziła ósmą córkę. Nie można wykluczyć, że jej ojcem jest dziadek. Ale sąd tuż przed zakończeniem procesu nie zdecydował się na przeprowadzenie kolejnych badań DNA.

Tajemnicą wciąż pozostaje, kto jest ojcem pozostałych trzech córek Brygidy S. Dwie z nich mają DNA bardzo zbliżone do kodu genetycznego Jana S., ale biegli wykluczyli, by ojcem był ich dziadek. Najprawdopodobniej Brygida musiała mieć też kontakty z którymś ze swoich braci i to on jest ojcem jej dwóch córek. Ale tego ani w sądzie, ani w prokuraturze dokładnie już nie dociekano.

Jan S., który ma dziś 70 lat, nie wzbudza już we wsi żadnej niechęci. Raczej podziw, że mimo podeszłego wieku potrafi przy sobie utrzymać o trzydzieści lat młodszą kobietę. I potrafił ją tak wychować, by w godzinie próby, na sali sądowej, stanęła za nim murem.

Gdy przechodzą koło domu emerytowanej nauczycielki Zofii Swat na końcu wsi, czasem widać przez okno jak jego ręka wślizguje się pod sukienkę córki, potem ją przytula i namiętnie całuje. - I robi to jak mąż, a nie jak ojciec - opowiada Zofia Swat i dodaje, że S. po zakończonym procesie poczuł, że nie musi już żyć z córką w ukryciu. Że wolno mu trochę więcej, bo został osądzony, więc i zaakceptowany.

Urzędniczki ze Sławna mówią, że najważniejsze jest teraz dobro dzieci. Nie rozdmuchiwać starej sprawy, by nikt dzieci S. nie wytykał palcami. By miały co zjeść i w co się ubrać - a to gwarantuje im tylko Jan S.

- Nie ma już takiego zagrożenia jak przed laty - tłumaczy urzędniczka - bo od zakończenia procesu Brygida przestała rodzić."

***

I tak oto wysoki sąd, prokuratura, policja, opieka społeczna oraz wieś z księdzem dobrodziejem sankcjonują niewolnictwo seksualne. Z początku może się to wydawać szokujące; Fritzl nie tylko miał piwnicę, ale siedzi, no i wszyscy się gremialnie oburzyli. Wiele wyjaśnia wszakże skojarzenie z przyjętym, także w kościele katolickim, modelem wychowania kobiet do posłuszeństwa, który może stanowić użyteczny klucz. Wychowania do roli naczynia na spermę, które zapłodnione ma rodzić; dziecko zaś to przedmiot, który można tresować do woli, wychowywać jak rodzic uzna za słuszne [np. pozbawiając edukacji - ciekawe, dlaczego nikt nie pilnował realizacji obowiązku szkolnego i dlaczego nie pokierowano dziewczynki do szkoły specjalnej], byle tylko żrec co miało i bez majtek nie chodziło. Bo to przecież zgorszenie by było, taka dziewucha z dupą gołą.

Morał jest, że nie trzeba zakłócać sprawnie działającego mechanizmu produkcji nowych katolików. Sprawę podsumowuje zachwyt wsi nad umiejętnościami wychowawczymi oraz fraza urzedniczek i sądu: liczy się dobro dzieci. Gdzie jest Brygida? Gdzie są jej córki, które może spotkać dokładnie to samo? 

Można by wypisać tu litanię pytań. O przepisy, o egzekwowanie prawa, o przyzwolenie, o moralność, o przykazania, o hipokryzję. Po co? To nie jest jedyna taka sprawa - i jak one wszystkie, opisuje miejsce kobiety w społeczeństwie. Kobieta ma być posłuszną ojcu [resp. mężowi] niewolnicą; ma spełniać wszelkie jego zachcianki; ma pracować w domu [i na gospodarce] i nie oczekiwać za to niczego; ma cieszyć się, jak ona i jej dzieci będą miały co jeść i w co się ubrać; nie potrzebuje edukacji, lepiej, zeby pozostała niekształcona; ma rodzić dzieci i nie żądać alimentów. I na to wszystko mamy papier od szeregu instytucji państwowych i księdza dobrodzieja na osłodę. 

Oczywiście, historia Fritzla była możliwa z podobnych powodów - fascynuje mnie postać żony, która przez kilkadziesiąt lat nie pyta; fascynują sąsiedzi, którzy coś podejrzewali, ale w cichości nie drążyli tematu. Różnica jest wszakże taka, że Fritzl siedzi, a Jan S. pałęta się po wolności; że sąsiedzi Fritzla, jak już się dowiedzieli, głośno wyrazili swoje oburzenie, zaś sąsiedzi Jana S. wiedzieli od zawsze, a teraz głośno wyrażają swoje poparcie. I tu i tu kobieta stała się seksualną niewolnicą - przy czym w Polsce ani sąsiedzi, ani państwo w instytucjach państwowych z sądem włącznie, nie wiedzą, że to jednak jest nie halo. Skoro zaś można kobietę bezkarnie wykorzystywać i pozbawić praw człowieka - na co komu piwnica?

13:09, goffythedog
Link Komentarze (7) »
środa, 18 czerwca 2008
'należy się od pań 450 złotych'

odchodzi człowiek. zawsze za wcześnie; było jeszcze tyle do powiedzenia, tyle do zrobienia. w domu została kartka pocztowa, którą przywiozłam z lipska, bo poczta była nieczynna i nie miałam jak wysłać, a później to zapomniałam ją zabrać, to gdzieś się zawieruszyła. zabiorę następnym razem. następnego razu nie będzie. najpierw jest uparte, wbrew przeczuciu, przekonywanie się, że przyjedzie pogotowie, zabierze do szpitala, i będzie jak zawsze. nie jest. jest proste: 'doszło do zgonu' z ust lekarza na izbie przyjęć. na razie nie dociera, przecież trzy godziny temu lekarka mówiła, że ze szpitalem można poczekać, wypisała skierowanie i zlecenie na transport. Babcia tak się cieszyła z albumu z pielgrzymki papieża i tegorocznych ogórków kiszonych, których nie mogła się doczekać. więc pytania: czy gdybyśmy zrobili to albo to, Babcia by żyła? zawsze padają. i zawsze padają te same odpowiedzi. podchodzi lekarz z pogotowia i jeszcze jakaś lekarka, tłumaczą, cierpliwie, wyrozumiale, nie pośpieszają. pielęgniarki, które w pomieszczeniu obok dowcipkują, uciszają się. żegnamy się z Babcią w sali zabiegowej, Babcia wygląda jak małe dziecko, schudła wskutek choroby nowotworowej, na codzień marudziła bardzo, nie chciała jeść; teraz, gdy leży bezbronnie na stole, to wrażenie się potęguję. tym razem nie daliśmy rady jej ochronić.

w domu znów pytania, znów wątpliwości, rozkładanie na czynniki pierwsze każdego strzępu informacji. zaczynamy rozważać, co dalej. jak powiedzieć wnukowi, który z Babcią był bardzo związany emocjonalnie, z Babcią mieszkał; mama decyduje, że zrobi to następnego dnia. i formalności - jak załatwia się pogrzeb? mama nie pamięta, mimo że załatwiała pogrzeb teściowej i teścia. staram się przypomnieć kolejność. i sporządzić listę ludzi, od których mogę pożyczyć pieniądze; bunkier, który przechowuję na wszelki wypadek to może na trumnę starczy. czytam przepisy zusowskie, żeby dostać zasiłek, należy przedstawić rachunki - chociaż w przypadku członków rodziny wysokość zasiłku nie zależy od udokumentowanych kosztów i wynosi dwie średnie krajowe. 5418,23 złote. dla tych, co nie mają, żeby wyłożyć, zostaje prowident. ciekawe, że banki jeszcze nie wprowadziły pożyczki na tę okoliczność.

rano szpital, podanie o zwolnienie z sekcji zwłok. smaruję odręcznie, bo druku akurat nie mają; pięlęgniarka pomaga sformułować, prowadzi do kancelarii, załatwiamy resztę papierów. prosektorium. tam okazuje się, że na miejscu jest firma pogrzebowa, która załatwia za nas wszelkie formalności. pani jest współczująca i ciepła, wnętrze wyciszające i bezpieczne; pełen profesjonalizm. akcja pożyczkowa okazuje się niepotrzebna, bo firma przejmuje boje z zusem, a nam na drugi dzień wypłaca resztę zasiłku. wybieramy prostą, dębową trumnę, Babcia lubiła robić wszystko jak wypada. wybieramy wieniec, drugi pani zrobi od wnuków, gratis. protestujemy, chcemy zapłacić. drugiego dnia prosimy o włożenie czterech herbacianych róż do trumny, pani to dopisuje do zeszytu, ale pytana o cenę macha ręką: drobiazg. sukienkę, którą Babcia sobie specjalnie do trumny uszyła, zaraz wiesza na wieszaku, żeby się nie pogięła. dostosowuje się do tonu, radzi, co włożyć do trumny, ale i zrzyma się na zus. kiedy mama dzwoni, bo usc źle wypisał akt zgonu, natychmiast orientuje się, o kogo chodzi. każe przyjechać. facet z firmy zawozi nas do usc i sam załatwia korektę. jasne, za usługę płacimy niemało, nie wybraliśmy najtańszej trumny, ale najwyraźniej wliczone są szacunek dla naszych uczuć i indywidualne traktowanie.

tu jednak wolny rynek się kończy. kuria biskupia podpisała umowę z miastem, na mocy której wszelkie usługi na cmentarzach rzymsko-katolickich wykonuje ekipa cmentarza. kancelaria jest odrapana, w przedsionku stoją jakieś ławki jak z sali gimnastycznej i stół, przy którym nie ma na czym usiąść. w części urzędowej... okienko. więc stoimy z matką jak petentki i czekamy, aż pani kancelistka nam wypisze, ile płacimy. na ścianie wisi cennik: wykopanie dziury w ziemi 750 złotych, ale tylko w miesiącach letnich; między 15 października a 15 kwietnia obowiązuje dopłata w wysokości 150 złotych. cudowny jest punkt 'kaplica - światło' - 200 złotych. oprawa muzyczna - 80. przeniesienie na katafalk i dekoracja - 180. to wszystko od owieczek drogich i baranków, na mocy umowy z miastem. nawet gdybym znała grabaża, który dziurę wykopie taniej, to nie mam prawa go zatrudnić. do tego 800 złotych za rozebranie i złożenie nagrobka. dajemy kamieniarzowi tylko zadatek. na cmentarzu wychodzi 2680. z zasiłku zostają już grosze. teraz pozostaje wynajęcie księdza, bo cmentarz takowego nie ma na wyposażeniu. księdza trzeba przyprowadzić z parafii.

więc idziemy do parafii. Babcia, dopóki mogła, chodziła na msze i wspierała czynem w postaci banknotów o różnych nominałach budowę kościoła. ksiądz na pogrzebie jest absolutną koniecznością. jedyne, co nam zostało, to zrobić ten pogrzeb tak, jakby Babcia chciała. więc ksiądz. nowobudowany kościół nie jest jakimś szczególnym gargamelem, kancelaria i plebania mieszczą się w budynku pobliskiego przedszkola. przyjmuje nas zimna i wyfiokowana pani kancelistka. prosi o akt zgonu, sprawdza w aktach, wpisuje do księgi. wypytuje o sakramenty przyjęte przed śmiercią. mama usiłuje z panią nawiązać jakiś kontakt, groch o ścianę. pani wypisuje, co ma wypisać. o kondolencjach możemy zapomnieć, nie pada też pytanie, czy chcemy porozmawiać z duszpasterzem albo coś innego w duchu ewangelizacji. po wypisaniu wszystkich świstów pani mówi: 'należy się od pań 450 złotych'. prawie zlatujemy z krzeseł, powalone i formą i sumą. pytam, co ma zrobić, jeśli nie mam takich pieniędzy. mama mówi, że z zasiłku zostało 500 złotych, ale 400 musimy dać kamieniarzowi za postawienie nagrobka z powrotem. pani mówi, że jak nie mamy pieniędzy, to możemy iść do opieki społecznej, to opieka pochowa. usiłuję dowiedzieć się, czy jeśli nie zapłacimy, to nie zagrzebią Babci po katolicku; mama mówi, że to nasze ostatnie pieniądze. nie przeszkadza to pani zainkasować wymienionej wyżej kwoty. mama prosi o fakturę vat, pani mówi, że wypisać nie może. ale wypisze pokwitowanie. ja dociekam odpowiedzi na nurtujące mnie sakramentalne pytanie - pani mówi, że ono nie jest sakramentalne, tu z mojej strony następuje wykład o potocznym użyciu słowa i jego wieloznaczoności. chcę rozmawiać z księdzem.

zjawia się ksiądz. utyty jak pączuś w maśle. z rozpędu mówię dzień dobry i proszę pana. jestem już wkurwiona, bo umiejętność liczenia mi nie zanika w kryzysowych sytuacjach i wyszło mi, że jednak prowident. usiłuję się od księda dowiedzieć, co jeśli nie zapłacę. bo nie mam. mówię też, że mam wiele osobistych wątpliwości na temat szeroko pojętej wiary i odpowiedź na to pytanie pomoże mi je rozwikłać. zrozumienie komunikatu nie następuje. dowiaduję się za to, że cennik ustala ksiądz proboszcz. pytam, czy jeśli wierni są biedni, to nie mają dostępu do sakramentów. ksiądz odpowiada ze swadą, że pogrzeb to nie sakrament. drążę: czy w takim razie ślubu mi udzieli za darmo? ten mówi, że owszem, zdarzają się takie sytuacje. odpowiedzi na pytanie podstawowe nie uzyskuję, ale za to dowiaduję się, że przecież dostałam ponad cztery tysiące zasiłku pogrzebowego. wyliczam na to księdzu, ile kosztuje pogrzeb, i że wobec takiej wysokości opłaty za usługę /ksiądz poprawia mnie - posługę/ ktoś nie będzie jeść. ksiądz wzrusza ramionami. on musi zapłacić kościelnemu i organiście. rozmowę kończe uwagą o godziwej stawce godzinowej. wychodzę, w międzyczasie wraca mama, która dla odmiany dopytuje o podatki od tych usług. kiedy przychodzę ją wywlec, już tylko dodaję, że rozumiem, skąd się bierze coraz więcej osób, chcących podpisać akt apostazji.

dzwonię do przyjaciół-katolików. są zszokowani. zapraszają do siebie, szukają rozwiązania. znajdują instrukcję episkopatu, proponują, żeby pójść porozmawiać z proboszczem, na spokojnie. wiec następnego dnia idziemy. księdza proboszcza spotykamy pod parafią, ale nie wiemy, że to proboszcz. ksiądz wykazuje średnią ochotę na rozmowę. wchodzimy do kancelarii, tam pani kancelistka nas zapowiada: to są te panie, co wczoraj tak dyskutowały o cenie. zaczynamy rozmowę. spokojnie, z chęcią zrozumienia. zakładam, że ludzie są przyzwoici. ludzie może tak. mówię księdzu, że nie mamy pieniędzy, że nas nie stać. ksiądz na to, czy chcemy, żeby nam oddał pieniądze i nie robimy pogrzebu. mnie zatyka, ale jestem spokojna. tłumaczę, że choroba nowotworowa kosztuje. że oszczędności nie mamy, a na cmentarzu zapłaciliśmy tyle a tyle. ksiądz mi o zasiłku pogrzebowym. ja że się skończył. ksiądz, że ja chcę się wzbogacić na pogrzebie Babci, że takiej złośliwej i bezczelnej osoby jak ja /czy może my/ to przez 29 lat, jak jest księdzem, nie widział. jestem wzruszona dogłębną oceną mojej osoby i okazaną mi troską doszpasterską. nadal - jeśli mnie nie stać, pogrzebu nie będzie. wyjmuję instrukcję episkopatu. ksiądz pyta, co to jest, i mówi, że go to nie obowiązuje. że z 78 roku. ja, że apgrejdu nie było. on, że jego obowiązuje, co biskup powie. ksiądz już od jakiegoś czasu krzyczy. że możemy z tym iść do wyborczej, że odbieramy pieniądze, katolickiego pogrzebu nie będzie, a my możemy zaprosić towarzysza millera, niech Babcie chowa. gdzieś w tym momencie, słuchając wrzasków odrobinę nieskoordynowanych, wychodzę zadzwonić do przyjaciół. telefon mi pada, idę po aparat mamy, i uprzedzam jeszcze księdza, żeby nie przyszło mu do głowy odstawić szopy na pogrzebie. mam w pamięci pogrzeb drugiej Babci, który odbył się po interwencji kurii - w parafii Babci zagrzebać nie chcieli, bo żyła w grzechu /związku niesakramentalnym/. ksiądz wtedy przyniósł rodzicom akta, z których odczytał, co dziadkowie mówili podczas kolędy w 62, a co w 73. zgody na udział innego księdza nie wyrazili. została więc instancja wyższa. kuria nakazała. efekt był taki, że ojciec wyszedł z pogrzebu swojej matki, a dziadek żony, bo ksiądz wygadywał takie kocoboły, że prawie się popłakali ze śmiechu. to księdza rozsierdza do białości, bo on jest tu 17 lat proboszczem, i nikt nie reklamował pogrzebów przez niego prowadzonych, bo on je umie zrobić uroczyście. choć czasem chowa takie łajzy i pijusów, że im się pogrzeb nie należy, i wtedy żałuje, że zapłacili, bo on najchętniej by nie poszedł. pani, stojąca w drzwiac, tu i ówdzie się wtrąca - a to, że ksiądz z wczoraj powiedział, że jestem niezrównoważona emocjonalnie. a to, że na cmentarzu mogłyśmy zapłacić tak dużo, a tu robimy problem o głupie 450. ksiądz peroruje, że pogrzeb tyle kosztuje, że czasem przychodzą tacy, co chcą się wzbogacić, albo zapłacić swoje długi, i że nas nie zna, więc nie może nam zaufać, że mu jakąś część przyniesiemy później. bo ktoś mu nie przyniósł, a do sądu z tym przecież nie pójdzie. że on się nie chce wzbogacić, na wakacje pojechał do kolegi na wieś i jeździ pandą, a nie furą, jak jego koledzy, co szczęka opada. i że gdzie indziej jest drożej: 500 albo i 1300.

wzruszona duszpasterską troską wychodzę zadzwonić. jeszcze chwila, a mogłabym księdza proboszcza opluć. przyjaciel jest zaszokowany, ma się skonsultować z żoną i jej rodziną, jak to załatwić. po dłuższej chwili wracam wywlekać mamę. ta, po całym fajerwerku dotyczącym przecież pogrzebu jej matki, ćwiczy na księdzu umiejętności wychowawcze. ksiądz jest trochę uspokojony, już się nie rzuca. opowiada, jak to go przenosili, co jaką parafię wyprowadził z zapaści. mamy więc już diagnozę księdza proboszcza. wyjaśnia się też, ile bierze za pogrzeb z opieki - jedyne 250 złotych. ale już nawet chce nam coś oddać. mama tłumaczy, że poniosło nas, że emocje, i że dzisiaj to przyszłyśmy przeprosić za wczorajsze. ksiądz chyba jest nieco skonfudowany, mama jest emerytowaną pedagożką, więc urabia go skutecznie. nawet nas poniekąd przeprasza i składa coś na kształt kondolencji. odetchnąwszy trochę tłumaczę księdzu tło do uwagi o szopach, i wyrażam nadzieję, że nasze zachowanie nie wpłynie na kształt ceremonii

***

To wyzej to tekst z pierwszego wrzesnia zeszlego roku, pisany na goraco, jeszcze przed pogrzebem. Nie umialam go skonczyc; urwalam jak jest, bo w srodku nocy zadzwonil telefon, raz; jakos tak nierazno mi sie zrobilo. Teraz mysle, ze jest nadmiernie osobisty, ale nie chce go zmieniac. Trudno, niech epatuje. I tak najbardziej interesujace sa w nim liczby.

Oczywiscie, historia ma swoje zakonczenie.

Najpierw pogrzeb. Koledzy od noszenia trumny jakby czekaja na to, ze zaplacimy im za otworzenie trumny w boksie, czyli ohydnym, odrapanym bunkrze, w ktorym rodziny z trumnami czekaja na swoja kolej. Trzeba byc zapobiegliwa, wybralismy pozegnanie w zakladzie pogrzebowym; czesc zalobnikow wszakze sie na nie nie zalapala. Z wiekiem walcza ojciec i brat. Pozniej ksiadz, ten utyty, przychodzi spozniony. Podczas ceremonii gada jakies niestworzone glupoty, nasz papiez jest tam odmieniony przez wszystkie przypadki; o co dokladnie chodzilo, nie pamietam. Ksiadz wszakze najwyrazniej nie byl skonczonym idiota i wywnioskowal, ze za bardzo nie moze, bo w skupieniu sluchamy, a ja wygladam na gotowa zrealizowac zapowiedz. Wczesniej napada mnie jakis koscielny, co chce za monstrualna kwote zrobic kilka zdjec. Splawiam go, on na to, ze chce rozmawiac z osoba, ktora organizuje pogrzeb. Jest zdziwiony, kiedy wyjasniam, ze rozmawia z wlasciwa. Jeszcze krotko nad grobem i tlusty ksiadz zawija sutanne i pedzi.

Grob trzeba zlozyc, ziemia musi sie ulezec, kilka dni po pogrzebie przychodzimy z mama ugadywac sie z kamieniarzem, co z pomnikiem bojuje za 8 stow. Przy okazji dywagujemy sobie o kosztach. Czule przeciez wspominamy sztuczne kwiaty i w czesci tylko zapalone swiece, za polgodzinne wypozyczenie ktorych zaplacilismy, jak ci przed nami i ci po nas. Dobrze tez pamietamy tzw. oprawe muzyczna. I dowiadujemy sie, ze dwa wiaderka ziemi pod urne kosztuja 600 zlotych. Dociekamy, dlaczego, no bo wychodzi nam, ze nalezy robic kariere w grabarce. Ale moze taki grob kopie sie caly dzien w pieciu, to juz by sie oplacalo mniej. Pan wyjasnia wiec, ze taki grob kopie jeden kolega w trzy-cztery godziny. Za fatyge dostaje 12 zlotych polskich. Oprocz tego, co ukopie, dostaje jakas minimalna pensje. Czyli 738 zlotych od dziury w ziemi zostaje w kancelarii. Nie wiem wszakze, co jest lepszym swiadectwem ekonomicznego geniuszu: przebicie na dziurze w ziemi, czy moze to, ze kancelaria cmentarza pobiera oplaty za zmiane nagrobka, liczona w setkach czy tysiacach, zaleznie od skali zmian.

Na koniec wisienka na torcie, czyli msza pogrzebowa, odprawiona wskutek niemoznosci wynajecia kaplicy cmentarnej na dluzej niz pol godziny, po dwoch tygodniach. ksiadz kanonik z tym utytym pomodlili sie w kwestii pogrzebu mojej Babci i jeszcze jakiegos pana, co umarl rok temu i go wspominali. Nie wazne, ze liturgia mszy pogrzebowej jest inna. Skupiam sie na ogladaniu dekoracji kosciola, bo strasznie fascynujacy jest zloty jez, co stoi za oltarzem; w ten sposob powstrzymuje gleboka potrzebe, zeby jednak ksiedzu jebnac. Po mszy swietej pospiesznej ide przestudiowac jeza. Tabernakulum.

Pozostaje miec nadzieje, ze ta instrukcja robienia biznesu komus sie na co przyda.

19:59, goffythedog
Link Komentarze (4) »
z ostatniej chwili

wiemy juz, jak skonczyla sie sprawa agaty.

poinformowala nas katolicka agencja informacyjna.

katolikom gratulujemy informatorow.

ps. jakby ktosie chcialy sobie sprawdzic, jak dziennik trwa na froncie walki o prywatnosc, wstyd i w ogole, moga klikac tu:

http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article194116/14_letnia_Agata_usunela_ciaze.html

ps2. tym razem matka agaty: "- Nie wiem, skąd wzięli te informacje. Nigdy z KAI ani z nikim o tym, co chcemy zrobić, nie rozmawiałam. I nie zamierzam - powiedziała nam wczoraj matka Agaty.

Razem z prawniczką rodzina nastolatki rozważy wystąpienie na drogę sądową.

- Ustawa o ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży zobowiązuje wszystkie osoby wykonujące czynności związane z jej realizacją do bezwzględnego zachowania tajemnicy. Spodziewam się telefonów do Prokuratury Krajowej, że doszło do naruszenia prawa. Na pewno będzie to wyjaśniałaProkuratura Rejonowa dla Warszawy-Śródmieścia, która prowadzi wszystkie poboczne wątki tej sprawy - mówi rzecznik Prokuratury Krajowej Ewa Piotrowska."

oraz episkopat: "Wygrała ideologia śmierci. To tragedia. Zginął człowiek, zostało zranione także serce matki, która broniła tego dziecka do końca, a szantażowana nie poradziła sobie z naciskami - ubolewał bp łomżyński Stanisław Stefanek.

Metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź: - Mówiłem, że jeśli zakończy się to dramatycznie, to w tym dramacie będzie miał udział także świat mediów. Niestety, tak się stało.

- Czasem trzeba umieć przegrywać, ale szczególnie boli to, że w tym przypadku przegrana niesie ze sobą śmierć niewinnego dziecka - mówił abp Józef Życiński, metropolita lubelski.

Sprawę ciężarnej nastolatki biskupi ujęli też w komunikacie wydanym po zakończeniu obrad. 'Episkopat wyraża wdzięczność i szacunek tym wszystkim, którzy okazali wrażliwość sumień i w dramatycznie trudnej sytuacji młodej uczennicy z Lublina bronili życia poczętego' - czytamy. Biskupi podziękowali lekarzom, prawnikom i Radzie Etyki Mediów, która skrytykowała media za relacjonowanie historii Agaty: 'Wszystkich ich zjednoczyła świadomość godności macierzyństwa oraz troska o nienaruszalność poczętego życia, okazywana z kulturą i poczuciem chrześcijańskiej odpowiedzialności'."

tu: http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,5326771,Matka_Agaty__Skad_maja_takie_informacje__.html

dzielni sa, nie ustaja w stukaniu.

18:08, goffythedog
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 czerwca 2008
spedzaj w domu po kryjomu

w komentarzu pod poprzednim wypracowaniem andsol poruszyl kwestie blogowych reakcji na sprawe agaty, ktore - zwlaszcza, jak sie zaglada do psychiatryka24 - sa mniej lub bardziej jawnym prolajferskim zaklinaniem rzeczywistosci. takich reakcji mozna bylo sie spodziewac, to o faktach znamy, a zreszta, czy ktos spotkal prolajfera, ktory potrafi uzasadnic propozycje zakazu przerywania ciazy w sposob intelektualnie uczciwy i pozbawiony manipulacji?

mnie znacznie bardziej zainteresowaly opinie tzw. autorytetow, ktorych kolekcje przedstawil "dziennik", a ktore przytacza federacja. no to czytamy. monika olejnik prawi: "Gdyby rzeczywiście była zgwałcona, a lekarze odmawiali jej zabiegu, wówczas dziennikarze powinni się zaangażować w ochronę jej praw. Tym razem jednak wcale nie wiemy, czy rzeczywiście doszło do gwałtu, czy ona chce tego dziecka, kto ją namawiał do aborcję, albo kto ją jej utrudniał. (...) Być może Agata sama zmienia zdanie, być może nie wszystko powiedziała policji - mała dziewczynka w szoku nie musi być racjonalna".

nastepna w kolejce magdalena bajer: "Nagłaśnianie w mediach historii - zgwałconej czy nie - 14-latki w ciąży jest w moim przekonaniu złą decyzją, i to niezależnie od komentarza, jaki towarzyszy opisowi: czy jest to komentarz akcentujący jej prawo do przerwania ciąży, czy wręcz przeciwnie. (...) Dziennikarze nie są od tego, żeby opisywać przypadki niechcianej ciąży i roztrząsać na łamach, czy należy ją usunąć, czy nie. Rozumiem, że na tak trudny temat można napisać jakiś pogłębiony reportaż - za zgodą głównej bohaterki i jej bliskich. W tym przypadku jednak wykorzystano tę historię jako pretekst do dyskusji ideowej, i źle się stało".

dorota gawryluk. "konkretna historia młodej dziewczyny miała posłużyć dziennikarzom do osiągnięcia ideologicznego celu. A rzetelność dziennikarska polega na tym, że media zamiast uprawiać ideologię, rzetelnie relacjonują wydarzenia z wysłuchaniem wszystkich stron. (...) W tym opisie tyleż chodziło o pomoc Agacie, ile o wykorzystanie jej historii na ideologicznej wojnie. (...) To jest niestety często nadużywana metoda, by jednostkowe, dramatyczne i najbardziej skrajne przypadki wykorzystywać dla zilustrowania problemu i podbudowania swojej tezy. (...) Rozprawianie w ogólnopolskiej, opiniotwórczej gazecie, czy 14-latka z Lublina powinna przerwać ciążę, czy nie, jest poważnym niezrozumieniem roli dziennikarza".

jaroslaw gugala: "Nastolatki zachodzą w ciążę w całej Polsce, w każdym mieście, miasteczku i wsi, i nikt się nad nimi specjalnie nie pochyla i nie zastanawia, dlaczego do tego doszło i jak można im pomóc. W aktualnej dyskusji znów chodzi jedynie o wymianę argumentów w odwiecznym sporze, czy wolno przerywać ciążę, czy nie - zresztą bez nadziei na porozumienie. Ta historia daje się świetnie wykorzystać w różnych celach: żeby dowieść nieżyciowości przepisów, żeby rytualnie powtórzyć stanowisko tych czy innych publicystów na temat zabijania nienarodzonych dzieci, wreszcie żeby wzbudzić niezdrową sensację i zwyczajnie podbić wyniki sprzedaży gazety. Nie da się ukryć, że w Polsce jest potrzebna społeczna debata nad dopuszczalnością przerywania ciąży, ale na pewno nie jest potrzebna debata nad dramatycznym wyborem, przed jakim stanęła 14-letnia Agata z Lublina".

krzysztof skowronski: "w Polsce lewica ma do zaproponowania dwa tematy: aborcję i związki homoseksualne. Oba są ideologiczne, a ideologia zaślepia. (...) Ideologia przesłoniła pewne niedociągnięcia faktograficzne: że być może nie było gwałtu, że być może dziewczyna nie chce aborcji itp. Chodziło o to, by historia była ckliwa i trafiła do elektoratu, który szuka potwierdzenia dla tezy, że aborcja jest zbyt trudno dostępna. (...) Nie zadali sobie też pytania, czy w ogóle taki przypadek można opisywać: czy można 14-latkę czynić bohaterką ogólnopolskich mediów, czy można cały świat informować o intymnych sprawach młodej dziewczyny i czy można z jej prywatności robić małe piekło. Agata mogła wyjechać z miasta, urodzić dziecko z dala od ludzkich spojrzeń, oddać je do adopcji - "Gazeta Wyborcza” być może pozbawiła ją tego prawa wyboru".

i ks. kazimierz sowa: " Próbuje się dowieść słuszności swoich poglądów, wykorzystując ten przypadek dla własnych celów. (...) Przy czym o pewnym cywilizacyjnym wyborze świadczy to, że w tekście nie został zaakcentowany inny poważny dylemat: życie albo śmierć nienarodzonego dziecka. (...) Moje stanowisko jest oczywiste: uważam, że jedno nieszczęście - dziewczyny - nie może pociągać za sobą kolejnego - śmierci niewinnego dziecka. Są inne rozwiązania niż aborcja. Zawsze można oddać dziecko do adopcji. Jednak próba znalezienia tych rozwiązań nie była najwyraźniej celem publikacji".

calosc: http://www.federa.org.pl/?page=news&newsid=433〈=1

ksiadz dobrodziej ma klarowna wizje funkcji dziennikarstwa: ma szukac rozwiazan; w przypadku ciazy z czynu zabronionego jest to urodzenie dziecka i oddanie do adopcji. przynajmniej stawia sprawe jasno, a dodatkowo, czego nie czyni cala reszta, otwarcie deklaruje stanowisko prolajf. pozostali troche klucza; z jednej strony lansuja wizje dziennikarstwa, ktora wynikac ma z ich twardych postulatow, co wolno opiniotworczej gazecie, z drugiej - mniej lub bardziej jada prolajfem; taki pan gugala opowiada, w charakterze opisu dyskusji o dopuszczalnosci przerywania ciazy o "zabijaniu nienarodzonych dzieci" i poprawia niezyciowoscia przepisow, jakby w calej sprawie o niezyciowosc chodzilo, a nie o ich lamanie przez panstwowe instytucje. pan skowronski ma wizje wyjazdu i adopcji, choc federacja zostala zawezwana, bo panie reflektowaly na zestaw wyjazd i aborcja. straszenia cywilizacja smierci nigdy za wiele, do kompletu mamy wiec tez zwiazki homoseksualne.

***


do wypowiedzi bajer odniosla sie magdalena sroda, piszac, m.in: Jest ironią, że obecnie prawo do prywatności wykorzystuje się w celu legitymizacji religijnego przymusu do posiadania dzieci. (...)

Czy z moralnego punktu widzenia byłoby lepiej przemilczeć tę sprawę? Niechby przypadek Agaty potoczył się własną ścieżką, tak jak tysiące mu podobnych. Zapewne Agata i jej matka poddałyby się presji księży i prolife'owców. Nie miałyby wyjścia. Bo nie ma przed nimi ucieczki. (...) Fanatyzm religijny w takich przypadkach nie waha się przed użyciem najbardziej drastycznych środków. I one są używane, i nikt nie protestuje. Dlaczego Magdalena Bajer nie zganiła "Frondy", która umieściła dane Agaty na stronach internetowych?"

calosc tu: http://wyborcza.pl/1,86116,5306857,Gdzie_sa_granice_hipokryzji__Sprawa_14_letniej_Agaty_.html


Lidia Ostalowska nazywa rzecz jeszcze ostrzej: "Należy się strzec państwa. Bo każdy jego funkcjonariusz - policjant, lekarz, nauczyciel - może się okazać wrogiem.

Siedźmy cicho. Dbajmy o swój kawałek podłogi. Przecież wiemy, jak jest. Jajo plus plemnik to dziecko, w razie wpadki wysupła się tysiąc czy dwa. Gardłowanie pozostawmy fanatykom. W każdej apteczce postinor.

Jak Orwellowski Winston Smith pozdrawiam was z epoki dwójmyślenia".

http://wyborcza.pl/1,91027,5308201,Kobiety__siedzmy_cicho_.html

***


oczywiscie, przytoczone lamentacje mozna skwitowac walka miedzy redakcjami - dziennik, ktorego redaktorzyna nie wahal sie przed pisaniem o "zdrowiu", jest czysty niczym lza, a "gw" wchodzi z butami czternastolatce do macicy. niemniej, trudno nie zauwazyc jasno zglaszanego, choc cynicznie opakowanego w troske o cudza prywatnosc, postulatu przemilczania takich historii. ile ich jest? nikt nie wie, bo nikt tego nie bada; zreszta, niby jak mialby? pozostaje liczenie na palcach albo wiara, ze polki, ktore jeszcze niedawno skrobaly sie licznie, teraz, skoro nie rodza, to nie wpadaja. a skoro w dodatku sie nie zabezpieczaja - musi, przestaly sie puszczac. w cos wierzyc trzeba, zdaja sie mamrotac wyznawcy swietego kompromisu.

ow swiety kompromis zasadza sie oczywiscie na rownie swietej zasadzie "spedzaj w domu po kryjomu". mamy restrykcyjna ustawe antyaborcyjna, a zeby w ogole miec dostep do legalnej aborcji, trzeba zdobyc i opanowac poradniki, na ktory przepis i kiedy sie powolac, gdzie pisac skargi, gdzie odwolania, co moze a czego nie moze lekarz. analogiczne poradniki powstaja w sprawie zdobycia recepty na postinor, srodek najzupelniej dopuszczony do obrotu; pacjentki poradni ginekologicznych doskonale znaja gielde, na ktorej szeptem dopytujemy sie wzajem: "zapisuje?". nie zawsze zreszta chodzi o postinor, zdobycie recepty na pigulki tez bywa skomplikowane. nikt nie liczy lekarzy, ktorzy mowia swoim pacjentkom: "prosze pani, w polsce aborcja jest zabroniona"; ktorzy mowia, poproszeni o recepte, "bylo sie nie puszczac"; nikt nie liczy farmaceutow, ktorzy zapytani o antykoncepcje postkoitalna mowia: "w polsce niedopuszczona do obrotu".

bo po co? spedzaniem plodu zajmuja sie kobiety; puscila sie, zaszla, niech sobie radzi. wiec siedzimy cicho i sobie radzimy, po drodze nabawiajac sie syndromu postantyaborcyjnego - o tabletkach to nam nie powiedzieli, ale "niemy krzyk" puscili wystarczajaca ilosc razy; i tak zreszta mamy szczescie, jesli tylko syndromu. grunt, zebysmy zalatwialy rzecz po cichu i w podziemiu. zeby ta ohydna, monstrualna, maciczna, ociekajaca wydzielinami "sprawa" nie wyszla na jaw, bo wtedy mogloby sie okazac, ze swiety kompromis wcale nie jest swiety, ze te 200 aborcji to wynik zaznajomienia z rzeczywistoscia, a nie wystawa wrobla, ze ksiadz moze wszystko, a kobieta nic. politycy moga sie upajac statystykami i snuc rozwazania o rzyciu; dziennikarze moga dorzucic swoje o prawie do prywatnosci. pamietajmy, pod prawem do prywatnosci nie ukrywa sie tu bynajmniej jakas tajemnica lekarska. prawo do prywatnosci wystepuje jako zaslona dymna dla ksiedza dobrodzieja z lublina i jego komanda, ktore nieujawnione mogloby dreczyc dziewczyne, ile wlezie. jest jeszcze, rzecz jasna, klauzula sumienia, ale z tej skorzystac moze jedynie lekarz tkwiacy na publicznej posadzie. dziecku w ciazy i jego matce wybor zgodny z przekonaniami nie przysluguje, no chyba, ze jest to wybor zgodny z propozycja ksiedza dobrodzieja. ksiadz w gabinecie lekarskim nieproszony - cacy, nowicka przez matke zaproszona - be. obstawiamy, czy w gabinecie pani ordynatorki wisial krzyz?

nagonka na "wyborcza" dosc dobrze komponuje sie z inna manipulacja, nader chetnie uprawiana przy okazji opisywania tej sprawy, mianowicie ustawiania federacji, ktora zostala poproszona o pomoc w wyegzekwowaniu prawa do aborcji na pozycji przeciwleglej do uganiajacych sie za dziewczyna prolajferskich terrorystow? odpowiedz jest prosta, by nie rzec, prostacka - by gdyby nazwac sprawy po imieniu, wyszloby, ze zyjemy w panstwie, ktore kpi z wlasnego prawa; ze swiety kompromis obowiazuje tylko w podziemiu, w ktorym za godziwa cene lekarze sa gotowi rozwiazac kazdy problem; ze nie tylko alicja tysiac, barbara wojnarowska i agata lamczak przez ostatnie kilkanascie lat chcialy przerwac ciaze, i im to uniemozliwiono. jednym slowem, nasi wspaniali bojownicy o standardy dziennikarskie dowiedzieliby sie nagle tego wszystkiego, co od lat opisuje federacja na rzecz kobiet i planowania rodziny, a czego w swej nieskazonej ideologia rzetelnosci nawet kijem nie tkna.

bo dziennikarska rzetelnosc, uczciwosc, etyka i inne takie polegaja na obronie swietego kompromisu. dobrze, ze przynajmniej jest jasnosc.

18:05, goffythedog
Link Komentarze (11) »
środa, 11 czerwca 2008
a jak agata

wyjechalam na weekend nad morze. kiedy po powrocie, odpoczeta i nasloneczniona otworzylam skrzynke mejlowa, zaatakowala mnie wiesc o agatach. jednej - prawie swietej, drugiej - ku swietosci prowadzonej sila. imie drugiej zostalo zmienione; wybor dziennikarzy sugeruje jakies zestawianie tych dwoch smutnych historii. zestawmy wiec.

mamy agate, ktora, ciezko chora, zdecydowala sie zaczekac z przeszczepem do momentu porodu. przeszczep sie udal, pacjentka zmarla, dziecko zyje. nie mnie rozumiec albo, co gorsza, oceniac takie decyzje. trudno jednak przeoczyc cala sprawe, agata bowiem byla znana siatkarka, prezydent kopsnal jej jakis order w dniu smierci, ktorego w dniu pogrzebu nie przyjal jej maz. do tego wszakze agate juz porywaja na sztandardy szacowni prolajferzy, ktorzy juz bakaja o beatyfikacji. teraz czytamy: 'Uważają, że chora na białaczkę kobieta walczyła o życie swego nienarodzonego dziecka. By córeczka przyszła na świat, poświęciła swe zdrowie.'

tu: http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article188969/Agata_Mroz_bedzie_blogoslawiona_.html

zaintrygowala mnie ta fraza: poswiecila swoje zdrowie. i to nie jest tekst nawiedzonego prolajfera, ktory glosi, ze alicji tysiac troche popsul sie wzrok. to jest kwestia, ktora w tragifarsie o rzyciu wyglasza redaktor andrzej mezynski. dziewczyna nie zyje, a pan pisze o poswiecaniu zdrowia. alicja tysiac nie widzi, a pan biskup o tysiacu na okulary. trabka w tragifarsie sie nie zmienia, niektorzy tylko niemilosiernie falszuja.

mamy tez druga agate. agata ma 14 lat, nie stoi w obliczu smierci, chce za to skorzystac z przyslugujacego jej prawa do aborcji w wyniku czynu zabronionego. byc moze gwaltu, w tej sprawie toczy sie postepowanie sadowe. sam pesel agaty starczy, by wiedziec, ze czyn z pewnoscia zabroniony byl, zatem zabieg bylby legalny. czy bedzie - nie wiadomo. wiadomo natomiast, ze decyzja dziewczynki i jej matki jest diametralnie inna - agata numer 2 nie chce zostac heroina antyskrobankowego romansu, partia, ktora gra w naszej tragifarsie, jest zgola odmienna.

dlatego tez ordynatorka szpitala, umowiwszy sie z dziewczyna na druga rozmowe, wyprosila matke, i wraz z zaproszonym przez siebie ksiedzem zaczela dziecko nawracac. nawet adopcje dziewczynce proponowala. dlatego tez, gdy jakis prolajfer zlozyl donos, sad ograniczyl matce na czas dochodzenia prawa rodzicielskie, a dziecko umiescil w pogotowiu opiekunczym. donos byl o naklanianie do aborcji - ktore, a owszem, jak i pomocnictwo, jest penalizowane w polskim kodeksie karnym, ale tylko w przypadku nielegalnego przerwania ciazy. teraz organa scigania sprawdzaja sprawe, mimo ze starczylaby lektura kpk. dlatego tez do trzeciego szpitala, do ktorego udaly sie agata z matka, z lublina do warszawy, podazylo za nimi moherowe komando, z ksiedzem na czele. szli za nia trop w trop, siedzieli w szpitalu i na komisariacie, slali mejle i uniemozliwili zabieg. slali tez smsy, bo pelne dane osobowe wywiesilo pewne dowcipne 'prawicowe' forum internetowe.

guzik, jak doskonale wiecie, jest pierwsza naiwna. dlatego nurtuja go takie pytania, jako to:

- dlaczego jakas ordynatorka smiala kogokolwiek poinformowac o stanie dziewczynki, dlaczego byl to ksiadz, i dlaczego ta pani jeszcze nie odpowiada za zlamanie tajemnicy lekarskiej?

- dlaczego ci, co sie za nia szwendaja krok w krok, nie zostali spacyfikowani przez ochrone szpitala czy organ scigania?

- dlaczego piszacy o calej akcji machinalnie zestawiaja poproszona o pomoc w wyezgekwowaniu naleznego swiadczenia medycznego wande nowicka i federacje na rzecz kobiet i planowania rodziny [najczesciej nazywana po prostu feministkami] z ta banda prolajferow, dreczacych dziewczynke i bynajmniej niezaproszonych? dlaczego tworzy sie falszywa symetrie miedzy dwoma, bynajmniej nie symetrycznymi, stronami, i dlaczego nikogo to nie dziwi, moze poza pacewiczem z wyborczej i guzikiem?

- dlaczego dwa szpitale w lublinie odmowily wykonania legalnego zabiegu i nie wskazaly innej mozliwosci, choc skorzystac z klauzuli sumienia moze lekarz, a nie szpital? i dlaczego w ogole w duzym w koncu miescie nie ma placowki, w ktorej mozna wykonac legalny zabieg?!

- dlaczego organy scigania przyjely donos na podstawie artykuly w gazecie czy tez opowiesci jakiejs nauczycielki ze szkoly, skoro tak czy owak matka mogla przekonywac dziecko do skrobanki, bo ta w tym momencie jest legalna, wiec przepis o karaniu za pomocnictwo nie obowiazuje?

- dlaczego kilka dni przed uplywem terminu, w ktorym mozna wykonac legalny zabieg, dziewczynka siedzi w pogotowiu opiekunczym, co jest idealnie zgodne z zamiarami prolajferow, ktorzy sie z ta strategia na przeczekanie nawet specjalnie sie nie kryli?

- dlaczego administratorzy strony, na ktorej umieszczono dane osobowe umozliwiajace nekanie dziewczynki, jeszcze za to nie bekneli?

- dlaczego malo kogo dziwi, ze pani wujkowska polazla przesladowac to dziecko z cukierkami, a jakas inna z podrecznikiem pielegnacji niemowlat, choc najwyrazniej kontakty z przedstawicielami opcji prolajf sa niedokladnie po mysli matki agaty?

- dlaczego wreszcie nie odezwal sie jak dotad zaden z przedstawicieli żondu fahofcuf?!

http://fakty.interia.pl/kraj/news/14-letnia-agata-wciaz-chce-usunac-ciaze,1125025

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,5292018,Wojna_o_ciaze_14_latki.html

jest jeden obowiazujacy model, agaty numer jeden. wszelkie odstepstwo od tej dosc, przyznacie, wysrubowanej, normy, bedzie pietnowane. nie dotyczy to, bynajmniej, wariatow z opcji prolajf czy hierarchow kosciola katolickiego. model agaty numer jeden jest obowiazujacy dla ordynatorow, lekarzy, policjantow, prokuratorow, sedziow, dziennikarzy...

i pamietajmy. tam o zdrowie chodzilo. nie o zycie. nie da sie zadac zbyt silnie w trabke od umniejszania znaczenia kobiet i kobiecego doswiadczenia. o zdrowie. bylo i sie skonczylo. wot, zycie.

pewna intuicje w sprawie agaty numer dwa i obowiazujacego modelu ma niejaki miller leszek. oprocz standardowego ugrywania, co swoje, jako i napieralski czyni, miller prawi tez tak: 'Polska Lewica deklaruje także pomoc dziewczynce i jej matce w przerwaniu ciąży poza granicami kraju, jeśli w Polsce nie będzie to możliwe'. juz nie zaczepka, ze wypowiemy konkordat - tylko kawa na lawe, w tym kraju nie da sie wyegzekwowac legalnej aborcji, wiec trzeba jak najszybciej wyjechac za granice i zrobic to w spokoju. ciekawi mnie tylko, czy jesli zrobia to po 12 tygodniu, kiedy zabieg w polsce bylby juz nielegalny, to czy posadza millera za pomocnictwo...

http://wiadomosci.onet.pl/1764871,11,katoliccy_talibowie_zlamali_prawo_ws_aborcji,item.html

00:57, goffythedog
Link Komentarze (8) »
środa, 04 czerwca 2008
4 czerwca
Łódzka grupa Amnesty International zaprasza 4 czerwca na happening upamiętniający 19-stą rocznicę brutalnej pacyfikacji Chińczyków protestujących na pekińskim placu Tiananmen.

Happening rozpocznie się o godzinie 18 w Pasażu Schillera. Przez cały czas trwania akcji będzie można przyjść i zapalić symboliczny znicz, upamiętniający kilka tysięcy osób zabitych w nocy z 3 na 4 czerwca 1989 roku. W celu oddania hołdu poległym ułożymy wieniec z białych i czerwonych róż – biel symbolizuje czystość serc ofiar, a czerwień – ich pasję – wszystkie ofiary były studentami i obywatelami, którzy stracili swe życie w obronie demokratycznych wartości. Planujemy również uformować się w pacyfę, która jest międzynarodowym symbolem pokoju. Minutą ciszy zakończymy pierwszą część happeningu. Następnie do godziny 24 uczestnicy akcji czuwaniem uczczą pamięć zabitych.

Protesty Tiananmen z 1989 roku rozpoczęły się w Pekinie, a potem rozprzestrzeniły się na inne główne miasta i prowincje Chin. Demonstranci wzywali rząd do zlikwidowania korupcji oraz do wprowadzenia demokracji i innych praw politycznych i społecznych. W nocy z 3 na 4 czerwca 1989 roku armia wprowadziła czołgi na Plac Tiananmen i doprowadziła do śmierci nieuzbrojonych cywilów. W następstwie tych wydarzeń dziesiątki tysięcy ludzi w całym kraju zostało aresztowanych. Nawet po 19 latach rząd chiński nie wydał żadnego oficjalnego oświadczenia w związku z tymi zdarzeniami, a chińskie organizacje zajmujące się tematyką praw człowieka i nagłaśniające tę sprawę, takie jak Matki z Tiananmen, nie mogą prowadzić swojej
działalności z obawy przed prześladowaniami.
02:35, goffythedog
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 czerwca 2008
nie-matka

wszystkie mamy nasze sa? tak, ale tylko wtedy, gdy sa heteroseksualne. sadownie klepniete.

'Wrocławski sąd zdecydował dzisiaj, że czteroletnia Marysia, o którą walczyły matka z babką, ma zamieszkać z babcią, która stanie się jej rodziną zastępczą. Sąd ograniczył matce, Annie K., prawa rodzicielskie. Zdaniem Anny K. matka nie chciała jej oddać córki, ponieważ jest lesbijką. Babcia zaprzecza i twierdzi, że córka po prostu jest niedojrzała i nie powinna opiekować się dziewczynką. Sąd w uzasadnieniu wyroku podkreślił, że nie zajmował się kwestią preferencji seksualnych matki dziecka.

/.../ Podczas procesu biegli psycholog, psychiatra i pedagog wydali jednak opinię bardzo dla niej niekorzystną. Że jest niedojrzała emocjonalnie, jest egocentryczką, manipuluje otoczeniem, które traktuje instrumentalnie, nie potrafi sobie radzić z trudnymi sytuacjami. Ale jest w wieku, kiedy charakter się jeszcze kształtuje. Dlatego, według nich, Marysia powinna na razie zostać z babcią, ale przejściowo. Zalecili mediacje z udziałem specjalisty, aby dzięki nim, łagodnie, dziewczynka mogła w końcu wrócić do matki. Wykluczyli też, aby mała była molestowana seksualnie.'

calosc tu: http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,5269362,Sad_po_stronie_babki_przeciw_matce_lesbijce.html

zadnego molestowania. zadnej przemocy. zadnej tzw. patologii. no poza jedna, ale o tym cicho sza, bo przeciez doskonale wiemy, ze nie mozemy takiego wyroku wydac. nie mow - nie pytaj, a poza tym, to takie kobiety nie istnieja. a jak istnieja, to sa niedojrzale emocjonalnie i ich charakter sie dopiero ksztaltuje, szkoda, ze nie zostalo dopowiedziane do konca, te mundrosci ludowe: kiedys sie nawroca i zaloza rodzine. prawdziwa, taka z chlopem, co nawet jak bedzie lal, to bedzie normalny, bo chlop. 

szkoda, ze sady nie sa tak radykalne, kiedy chodzi o zdrowie i zycie dzieci, zagrozone przez tatusia lub mamusie zupelnie heteroseksualnych. ze nie sa tak radykalne, gdy matka z dziecmi, ktorych zycie jest zagrozone, musi wyprowadzic sie pod most, bo mieszkanie tatusia, co leje. ze nie slucha sie babc, ktore zglaszaja policji przemoc w rodzinie]. ze nie ma sie czego sluchac, bo babcie nie zglaszaja, to przeciez metody wychowawcze, a nie przemoc.

ale co zrobic, wzorce plyna z gory. calkiem niedawno przeciez niejaki gowin wywodzil, ze konkubinaty sa iiiiiwil i ze tylko malzenstwo, rozumiane jako zwiazek kobiety i mezczyzny, moze zapewnic dziecku odpowiednie warunki. ma ta baba chlopa? nie ma. no to powolujemy bieglych i odebranie praw klepniete.

wszystkie dzieci nasze sa. ale tylko matek-lesbijek, tymi z normalnych rodzin to sie nie interesujmy, bo przeciez rodzice maja swiete prawo do wychowywania dzieci wedlug swoich przekonan i swoich metod wychowawczych. juz paluszek z cymanskim uzasadni, ze szmata jest bezcenna pomoca wychowawcza i nie wolno wplywac na decyzje rodzica. z pomoca przyjdzie mu rzecznik praw obywatelskich: 'Rodzice muszą wychowywać i w ramach wychowania mogą karcić swoje dzieci, także w formie klapsów. Ważne, by robić to z miłością i troską. Jeśli ich nie ma, nie pomoże żaden zakaz - przekonywał RPO.

Podkreślił, że obowiązujące regulacje prawne są w pełni wystarczające, by chronić dzieci przed przemocą, trzeba jednak zmienić nastawienie społeczne i usprawnić działanie instytucji odpowiedzialnych za pomoc rodzinom. - Nie dajmy się zwariować, nie pozwólmy, by ustawa określała to, co powinno być ograniczone dobrym obyczajem - apelował Kochanowski.'

[tu: http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,5269359,RPO__Klapsy_tak__maltretowanie___nie.html

dlaczego nikt nie zapytal, czy anna k. kocha marysie? i czy marysia kocha anne k.?  

16:17, goffythedog
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12